Archiwa

Refleksja: Wyczuć, kiedy wstać i wyjść

To moje ostatnie „Okruchy na dzień dobry i dobranoc”. Nie poświęcam ich – jak czyniłem to dotąd - jakiemuś konkretnemu tematowi pallotyńskiemu. Chcę się po prostu z wami pożegnać. Wkrótce bowiem znowu opuszczam Polskę. Nie udało mi się „zadomowić” nad Wisłą. 30 lat poza krajem (1983-2013) zrobiło swoje! W marcu tego roku zakończyłem 3-letnią posługę jako sekretarz prowincjalny i „poczułem”, iż to dobry moment, by „wyjść, kiedy w szatni mój płaszcz pozostał przedostatni” (Wojciech Młynarski):
„Ty wczuć się chciej w smak chwili tej,
W odpowiedniej wyczuć chwili,
Żeby wyczuć, kiedy wstać
I wyjść...
Żeby wiedzieć, kiedy w szatni
Płaszcz pozostał przedostatni”.

 


Chciałbym jednocześnie zapowiedzieć, iż jeszcze w tym roku (może na Krajowy Kongres ZAK), powinno ukazać się książkowe wydanie moich „Okruchów”. Nakruszyłem bowiem nieco przez te ostatnie lata. Po pallotyńsku, a jakże! Bo „pallotyńskość” to coś więcej niż sutanna z pelerynką. To raczej organiczny składnik, który krążąc swobodnie w żyłach, jakoś naturalnie determinuje sposób myślenia, patrzenia, słuchania, smakowania, a nawet dotykania ludzi i świata. Wkradł się on we mnie przez lata śledzenia, badania i podążania za naszym Ojcem Założycielem.
Zapowiadana publikacja powstawała wieloetapowo i długo, bo prawie 10 lat. W języku ojczystym zacząłem bowiem pisać eseje, felietony i artykuły dopiero w 2008 r., kiedy po ponad 20 latach „misjonowania” w Afryce wylądowałem na pewien czas (3 lata) w Rzymie, dając początki „Cenacolo” - Międzynarodowemu Centrum Formacji Pallotyńskiej przy Via Ferrari. To właśnie tam zaczęła się moja przygoda z piórem w języku matki. Tak więc zapowiadane „Okruchy” to suma smaków wielu lat, miejsc, osób, doświadczeń i sytuacji... A smaki przecież są rozmaite. Od tych powszednich, dobrze znanych jak śledź w Popielec, które zmieniają się w rytm roku liturgicznego czy sezonów, przez nieco wytrawniejsze komentarze wydarzeń, aż po solidne, okraszone niekiedy bólem, rozczarowaniem i lękiem, przeżycia.
Skąd ta różnorodność? Z okoliczności: Rwanda, Kongo, Kamerun, Paryż, Rzym, Warszawa… Zawsze bowiem miejsce, w którym się znajdujemy staje się nieformalnym „pępkiem świata”, gdzie wydarzenia smak mają cudownie bądź nieznośnie wyrazisty – bo są nasze.
W 2015 roku, w rok po powrocie do Polski, podjąłem się ponadto pisania - w ramach formacji pallotyńskiej dla członków Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego – comiesięcznych „Okruchów pallotyńskich na dzień dobry i dobranoc”. Stąd zresztą wziął się tytuł książki! Czyniłem to każdego miesiąca (z wyjątkiem miesięcy wakacyjnych) przez dwa i pół roku. Popełniłem takowych 24. Większość z nich znajdziecie w zapowiadanej pozycji książkowej. Z myślą o was, bo to „echa z terenu” sprawiły, iż jesienią ubiegłego roku podjąłem się jej przygotowania. Przy różnych okazjach moi czytelnicy mówili lub pisali: „Niech ksiądz to zbierze i wyda. Będzie nam służyć”. Przekonanym był też do tego ówczesny Prowincjał Pallotynów (dzisiaj wicegenerał) ks. Józef Lasak SAC, który namawiał mnie do usystematyzowania i wydania moich zapisków.
Całość została ułożona według klucza treściowego w siedmiu odsłonach: ze skarbca Założyciela, świat Pallottiego, tożsamość pallotyńska, czuć z Kościołem, wątki afrykańskie, przechadzki z historią i rozmaitości pallotyńskie. Poszczególne rozdziały nie są jednak ze sobą wewnętrznie powiązane. Można je czytać w dowolnej kolejności: na dzień dobry i dobranoc; na co dzień i od święta. Żywię nadzieję, iż zapowiedziana publikacja pozwoli zbliżyć się polskiemu czytelnikowi do Świętego znad Tybru, na czym zawsze bardzo mi zależało i zależy.
I jeszcze jedno.
Być może zapyta ktoś: „jakie uczucia zamieszkują cię w tym momencie twojego życia”? Odpowiem - podobnie jak cztery lata temu – kiedy wyjeżdżałem z Afryki: nie opuszczam Polski zaniepokojony jakoby zbawienie Prowincji Chrystusa Króla w Kraju nad Wisłą było zagrożone po moim odejściu. Nie dręczy mnie myśl jakobym porzucał dzieło, którego dopiero co się podjąłem czy współbraci, którzy się do mnie przywiązali. Nie mam też wrażenia jakobym był niezbędny. Być może przydatny!? Ale „przydatnym” mogę być również gdzie indziej, w środowisku bardziej „powszechnym”, otwartym, myślącym według całości, czyli dotykającym wszystkich rzeczy, osób i spraw. Poza tym, pociąga mnie szereg „marności tego świata”: łagodny klimat, wino bez okazji czy fettuccine alla romana. Czy będę tęsknił? Bez wątpienia. Zostawiam tu przecież szereg miłości: bliskich mi ludzi, odkrytą na nowo Warszawę, zapach czekolady z fabryki Wedla, niezliczone kilometry wydeptane w parku Paderewskiego, koncerty, na które wieczorami biegałem do studia radiowej Dwójki i wiosenne zbieranie konwalii. Tak czy inaczej, to, co za nami i to, co przed nami zawiera się w krótkim słowie zapisanym na jednym z praskich bloków – widocznym wyłącznie z okien pociągów jadących z północy: PRZ SZŁOŚĆ. Dlatego konkludując, przywołam słowa papieża Bergoglio. Były one często cytowane na zakończenie Roku Życia Konsekrowanego. Otóż, Ojciec Święty Franciszek zachęcał osoby konsekrowane (i nie tylko) do spoglądania w przeszłość z wdzięcznością, przeżywania teraźniejszości z pasją i obejmowania przyszłości z nadzieją. Tego sobie i wam życzę!


Ks. Stanisław Stawicki SAC