„Nie odmawiamy nikomu” – pisał z indyjskiej dżungli. Ks. Adam Wiśniewski SAC – lekarz, misjonarz, prorok ubogich – pozostawił po sobie nie tylko ośrodek dla trędowatych, lecz duchowe świadectwo pełne cierpliwości, odwagi i miłości bez granic. W 38. rocznicę jego śmierci przypominamy fragmenty jednego z jego listów, który staje się proroczym przesłaniem na nasze czasy.

Ks. Adam Wiśniewski SAC – prorok wykluczonych

„Tyle na dzisiaj z cudów w Jeevodaya…”

Lekarz trędowatych – uzdrowiciel relacji

Nie był tylko lekarzem ani tylko misjonarzem. Ks. Adam Wiśniewski SAC – powstaniec warszawski, doktor medycyny, pallotyn – w pełni zasługuje na miano uzdrowiciela ludzkich relacji i obrońcy godności każdego człowieka. Urodził się 13 kwietnia 1913 r. Po latach formacji w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego przyjął święcenia kapłańskie w 1939 r. Studia medyczne rozpoczął w czasie okupacji, uczestnicząc w tajnym nauczaniu w Warszawie, a później konstynuował w Poznaniu, Paryżu i Lyonie. Podczas wojny był również kapelanem Armii Krajowej i uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Na misje do Indii wyjechał w 1962 r. Jego droga była zatem nietypowa: najpierw kapłan, potem lekarz, a dopiero później – misjonarz. To świadome poszerzenie swojego powołania o kompetencje niezbędne do służby najbardziej potrzebującym – m.in. trędowatym w Indiach.

Jego dzieło Jeevodaya (w języku hindi: „świt życia”) nie było szpitalem, ale domem. Nie azylem, lecz miejscem odzyskiwania twarzy. Jako lekarz leczył ciała. Jako misjonarz – serca. Ale przede wszystkim jako człowiek – oddawał godność tym, których świat z niej odarł.

W jednym ze swoich listów, przesłanych w 1970 r. z misji w Indiach do współbraci w Polsce (5 kwietnia), pisał o dramatycznych historiach dzieci i rodziców, które były codziennością Jeevodaya. Opisał poruszającą scenę przyjęcia chorej kobiety:

„Trzech mężczyzn przyprowadziło swoją matkę trędowatą, posiadającą najgorszą postać trądu, i poprosili o jej przyjęcie – gdyż ludzie wioski nie chcą jej mieć u siebie. Przyjęliśmy ją.”

Tak samo bez wahania przyjął pięcioletnią dziewczynkę Siardhę – córkę trędowatych rodziców:

„Bolesne było rozstanie… Wszyscy płakali. Rodzice wykazali jednak tak wiele miłości, że zgodzili się na wieloletnią rozłąkę, by ich córka została wyleczona.”

„Przyjęliśmy je. Nie odmawiamy nikomu.” – ten prosty, lakoniczny zapis mówi wszystko o duchowej tożsamości ks. Wiśniewskiego. To styl Ewangelii. Nie pytał, skąd są. Nie badał, czy „rokują” nadzieję na wyzdrowienie. Nie zamykał drzwi. Uzdrowienie zaczynało się u progu domu, zanim jeszcze rozpoczęło się leczenie.

„Tyle na dzisiaj z cudów w Jeevodaya…”

Cierpliwość, która leczy

Jeevodaya rodziła się nie tylko z pomocy medycznej i duchowej, ale z cierpliwego trudu dnia codziennego. To nie była enklawa bezpieczeństwa. To był poligon trudności – fizycznych, duchowych, administracyjnych.

W liście ks. Adam z prostotą, ale i głębią, opowiada o doświadczeniu braku wody – podstawowego dobra, którego przez wiele tygodni misji nie było. Mimo prób i sceptycyzmu lokalnych specjalistów, nie zaprzestał działań:

„Cuda dzieją się i dzisiaj. Ludzie okoliczni mówili nam, że tu nie dokopiemy się do wody. Przyjechali całkiem przypadkowo trzej hinduscy geolodzy — specjaliści od wody — i powiedzieli nam: ‘Ukończyliśmy badanie okolicy pod względem wody. Tu wody nie ma.’ Myśmy się modlili o wodę, za przykładem Mojżesza, powierzając wszystko Matce Bożej Lourdzkiej i Ubogich Jeevodaya. W procesji poszliśmy z zapalonymi gromnicami 2 lutego do miejsca wiercenia studni. Tego dnia wieczorem studniarze zgłosili nam, że na głębokości 56 metrów mamy wodę. Drugi raz przyjechali z ciekawości geolodzy i powiedzieli: ‘Macie wodę.’ Wtedy oni kazali nam kopać głębiej — do 70 metrów. Jedenastego lutego pompa ręczna zainstalowana w dzień Matki Bożej Lourdzkiej zaczęła nas zaopatrywać w wodę.”

Cierpliwość w Jeevodaya nie była ucieczką przed rzeczywistością. To była duchowość działania. Wyrażona w różańcu odmawianym wspólnie z trędowatymi. W budowaniu domu z gliny zamiast cementu. W przyjmowaniu dzieci bez ubrań – i radości z tego, dzięki wspraciu i życzliwości innych można było je przyodziać.

To jeszcze jeden poruszający epizod z tego samego listu:

„W niedzielę wielkanocną przyjęliśmy pięcioletnią Siardhę. Nie mieliśmy jej w co ubrać. Na drugi dzień — w poniedziałek wielkanocny — pewna Polka przysłała nam paczkę, w której jest wszystko, co potrzebne dla Siardhy.”

Z natury energiczny, a nawet – jak wspominają świadkowie – choleryczny, w pracy i realizacji projektu wykazywał się niestrudzoną cierpliwością. Dla ks. Adama była ona cnotą misyjnej obecności: trwać mimo braku, ufać mimo niemożliwości, budować mimo pustki.

To są jego cuda: proste, codzienne, milczące – ale głębokie jak studnia. Nie w rozpaczy – lecz w radości, że „cuda dzieją się i dzisiaj”.

ks. Adam Wiśniewski SAC_list do współbraci

Trąd, który dotyka duszy

Choroba, którą leczył, była przerażająca, ale nie kończyła się na ranach skóry. Trąd dla ks. Wiśniewskiego był znakiem głębszego zła – odrzucenia, izolacji i stygmatyzacji. Nie tyle bakterią, ile dramatem człowieka pozbawionego imienia, miejsca, kontaktu. I to właśnie ten „trąd duszy” starał się uzdrowić.

Ks. Adam rozpoznawał trąd duszy: ten, który czyni człowieka niewidzialnym. Nie tylko dla systemu, ale dla własnej rodziny, społeczności, wspólnoty. Gdy pisał: „Przyjęliśmy ją”, nie chodziło tylko o gościnność – ale o przywrócenie bycia kimś.

Dziś trądem świata są: bezdomność, samotność osób starszych, kryzysy psychiczne, wykluczenie migrantów, dzieci porzucane z powodu niepełnosprawności czy biedy. Świat nadal dzieli, ocenia i „nie chce mieć ich u siebie”. A Ewangelia nadal mówi: przyjąć, zaufać, uzdrowić przywracjaąc godność.

Na tym polega prorocki, można by rzec, sposób bycia ks. Adama. Nie tylko budował studnie, domy i szpitale. Budował przestrzenie, w których ludzie mogli wrócić do siebie – do poczucia bycia kimś, bycia kochanym, bycia potrzebnym. A to jest dzieło, którego nie zniszczy ani czas, ani ogień, ani śmierć.

„Tyle na dzisiaj z cudów w Jeevodaya…”

Dziedzictwo, które trwa

Miłosierdzie jest jednym z tych cudów, które ks. Adam praktykował w swoim życiu człowieka, kapłana i misjonarza. Nie kosztowało go ono więcej aniżeli ofiarę z własnego życia i zdrowia. Zmarł 31 lipca 1987 r. w Jeevodaya, wśród tych, których ukochał, którym przywracał twarz, imię i nadzieję.

Dzieło jednak nie zgasło. Wręcz przeciwnie – zaczęło dojrzewać. Pallotyńska misja Jeevodaya trwa dzięki Fundacji, która niesie wsparcie i edukację dzieciom z rodzin dotkniętych trądem, i dzięki Ruchowi Maitri, który przez dziesięciolecia był ramieniem solidarności z ubogimi. Nie sposób nie wspomnieć siostry Barbary Birczyńskiej – towarzyszki pierwszych lat Jeevodaya – oraz pani doktor Heleny Pyz, która po śmierci ks. Adama przez wiele lat samotnie kontynuowała jego dzieło, żyjąc i pracując wśród trędowatych.

Troskę o utrwalenie i dalszy rozwój dzieła ks. Adama Wiśniewskiego podjęli również pallotyni z Indii – jego duchowi spadkobiercy. Nie tylko pielęgnują pamięć o nim, ale przede wszystkim kontynuują jego misję: uzdrawiania relacji i przywracania godności. Jeevodaya – świt życia – trwa nadal.

Siostra Barbara Birczyńska (Barbara Jacenta) – serce Jeevodaya

  • Urodziła się 16 września 1927 r. w Krakowie, w inteligenckiej rodzinie.
  • Po ukończeniu edukacji i wstąpieniu do zgromadzenia michalitek, studiowała matematykę i pedagogikę, pracowała w przedszkolach i placówkach dziecięcych, ale w 1962 r. opuściła zakon, by realizować swoje powołanie w inny sposób.
  • Zainspirowana planami ks. Adama, w październiku 1966 r. przybyła do Indii – wożąc ze sobą paczki, żywność, odzież, lekarstwa, a nawet traktor i pianino – by wspólnie założyć Jeevodaya.
  • W 1969 r. stanęła razem z ks. Wiśniewskim na trzech wojskowych namiotach w Gatapar i otworzyła ośrodek: on leczył, ona zajmowała się dziećmi, organizowała życie domowe i edukację.
  • Po śmierci ks. Adama w 1987 r. przez niemal dekadę (do około 1996 r.) kierowała Stowarzyszeniem Jeevodaya, a później pozostawała w dalszym ciągu zaangażowana w ośrodeku aż do swojej śmierci w 2010 r
  • Zmarła nad ranem 8 czerwca 2010 r., mając 83 lata, i została pochowana na cmentarzu ośrodka.

Jej wkład w Jeevodaya:

  • Była współzałożycielką i filarem rodzącego się ośrodka, obok ks. Adama odpowiadając za rehabilitację, wychowanie i edukację dzieci oraz organizację życia codziennego.
  • Marzyła o założeniu indyjskiego zgromadzenia zakonnego dedykowanego trędowatym, ale planu nie zrealizowała.
  • Po śmierci ks. Adama utrzymała ciągłość działania ośrodka – jako prezydent Stowarzyszenia (197–1996), a potem jako obecna współpracowniczka i wzór dla następnych pokoleń misjonarek.
  • Jej obecność stała się mostem między pionierami misji a pracownikami trzeciej dekady – podczas gdy dr Helena Pyz dołączyła w 1989 r. i od tamtej pory niestrudzenie leczy i rozwija ośrodek medyczno-wychowawczy.
  • Siostra Barbara to postać wyjątkowa – kobieta wizjonerka i praktyk, bez której Jeevodaya nie byłoby tym, czym jest: miejscem, gdzie dzieci otrzymują troskę i edukację, a osoby dotknięte trądem – drugą szansę. Jeśli chcesz, przygotuję cały akapit do zastosowania w artykule – z odpowiednimi cytatami, tonem i kontekstem.

 

Oprac. ks. Piotr Jan Karp SAC

Źródła: