Pomoce duszp. Różne Owoce ewangelizacji

Owoce ewangelizacji

Rok 1993 był błogosławiony dla naszej parafii Rutshuru, w okresie Wielkiego Postu rozpoczęliśmy bowiem nową ewangelizację. Po rocznym przygotowaniu biblijno-pastoralnym oraz po wielu rekolekcjach zamkniętych, grupa trzydziestu wspaniałych ewangelizatorów była gotowa do dawania świadectwa wiary swoim braciom. Pierwszym miejscem ewangelizacji w rozległej parafii, rozciągającej się na 50 km długości, była wielka, ponad 20-tysięczna aglomeracja – miasteczko Buturande. Grupę ewangelizatorów, którą stanowili zarówno mężczyźni, jak i kobiety oraz młodzież, podzieliliśmy na 4 ekipy, stosownie do liczby księży misjonarzy pracujących w parafii. Po wspólnym spotkaniu modlitewnym i nadaniu specjalnej misji posłania, wyruszyliśmy w Imię Boże do boju o dusze. Po uzgodnieniu z władzami Buturande i z lokalnymi watumishimi (sługami-katechistami), rozmieściliśmy zgromadzenia wiernych w czterech punktach miasta.

Każde spotkanie ewangelizacyjne miało charakter tematyczny. Wystąpienia misjonarzy i ewangelizatorów świeckich przedzielały pieśni i tańce. Na koniec dnia odbywało się nabożeństwo ze świadectwami wiary, umożliwiające każdemu z uczestników osobiste opowiedzenie się za Chrystusem. W tygodniu ewangelizacyjnym zebrania trwały od godz. 13.00 do ok. 17.00.
Poniedziałek był dniem poświęconym sakramentowi chrztu św., wyrzeczeniu się szatana i wyznaniu wiary w Chrystusa. Wierni, wkładając rękę do wody na znak chrztu św., wypowiadali indywidualnie akty wiary w Boga i wyrzekali się szatana.
Wtorek to dzień wspólnoty i pojednania oraz przekazania sobie znaku pokoju. Środa to dzień wspólnej agapy z przyniesionego przez wiernych prowiantu. Jedli razem kobiety z mężczyznami, co odbiega od miejscowych zwyczajów. Posiłek dzielili ponadto ludzie różnych plemion, czego się na co dzień nie praktykuje z obawy przed otruciem. Panowała wielka radość i entuzjazm.
Czwartek był dniem wyrzeczenia się szatana i dniem ognia. Każdy przynosił z domu i wrzucał w płomienie różne talizmany, lekarstwa od czarownika oraz własne grzechy spisane na karteczce. Często ogień palił się aż do niedzieli, bo niektórzy mieli swoje czary daleko w polu lub potrzebowali więcej czasu, aby na taki gest się zdobyć. Publiczne wyznanie wiary wiązało się z odcięciem od wierzeń animistycznych, czarów i wróżb i z przyjęciem Boga, Jego opatrzności, Jezusa, jako Króla duszy i ciała oraz Króla wszechświata. Trzeba było zebrać sporo drewna, bo rzeczy wrzucanych do ogniska było bardzo dużo.
Piątek był dniem krzyża i nabożeństwa drogi krzyżowej ulicami miasta. Przedstawiciele różnych stanów nieśli wielki i ciężki krzyż, a na koniec wkopywali go obok kaplicy. Zaadaptowaliśmy do nabożeństwa część liturgii wielkopiątkowej. Na znak indywidualnego zaangażowania każdy wierny podchodził do krzyża, by swoim gestem wyrazić szacunek i wiarę. Niektórzy, chcąc całować krzyż, lizali go, bo nie znany jest tu zwyczaj wyrażania uczuć przez pocałunek.
Sobota była dniem Kościoła i roli Matki Boga i Matki Jezusa, jako Współodkupicielki każdego człowieka. Był to dzień konfrontacji Kościoła katolickiego z innymi wspólnotami kościołów chrześcijańskich i niechrześcijańskich, na ewangelizację uczęszczali bowiem nie tylko katolicy, których tu było 60%, ale i wierni innych wyznań. Zainteresowanie ewangelizacją było tak ogromne, że stało się swego rodzaju modą i wszyscy tłumnie przychodzili, aby słuchać Boga, który tu i teraz mówi do ludzi. Czuło się powiew Ducha Św., wielki głód Słowa Bożego i odwagę wiary tysięcy wiernych. Wielka była odpowiedzialność za każde wypowiadane słowo. Sobota to również czas świadectwa wiary i podsumowania owoców ewangelizacji. Dla katolików był to dzień spowiedzi. Świadectwo mógł dać każdy, bez względu na wyznanie. Ludzie mieli odwagę mówić o swoich grzechach, lękach, wierzeniach i wyrzekać się publicznie swoich talizmanów, kultu oddawanego bożkom. Pewna kobieta na świadectwo swojego nawrócenia przyniosła pas, na którym były gęsto pozawieszane talizmany. Pokazała go, mówiąc: „Wierzyłam temu wszystkiemu i błądziłam, nic z tego nie mając. Dziś widzę, że to nie jest warte nawet, by to palić, ale jedynie wyrzucić do wychodka”. Ludzie wracali do domów skacząc z radości i tańcząc. Śpiewali, pozdrawiając siebie nawzajem jak nigdy. Niedziela była dniem szczególnym, dniem świętym, dniem wspólnej Eucharystii i agapy. Była Msza św. w plenerze pod zadaszeniem z plandeki, dużo śpiewów w różnych plemiennych językach, tańce i dary ofiarne w naturze składane przed ołtarzem. Ponadto wrażenie robiły przygotowane komentarze do poszczególnych części Mszy św. i czytań liturgicznych, modlitwa powszechna ułożona przez przedstawicieli ludu Bożego i kilkanaście chórów i scholi animujących razem śpiew całego zgromadzenia wielbiącego Boga, poubierana w alby służba liturgiczna i ministranci. Dziękczynienie było niejako osobistą modlitwą – każdy mógł wyrazić wdzięczność tak, jak umiał, w tańcu. Atmosfera modlitwy i powaga chwili cechowały to zgromadzenie autentycznego Ludu Bożego.
Ewangelizacja w Buturande miała nieoczekiwany przebieg i przyniosła wielkie owoce. Nieoczekiwane było to, że w samym dniu jej rozpoczęcia ktoś zaplanował agitację do wzniecenia wojny w regionie Kiwu, by z niespokojnej Rwandy przenieść ją na teren Demokratycznej Republiki Konga. Celem agitacji było właśnie Buturande, nadgraniczne miasteczko, gdzie mieszkało największe skupisko ludzi z najbardziej licznych plemion. Teoretycznie więc teren był łatwy do manipulacji i rzucania haseł będących zarzewiem wojny. Rzeczywistość jednak okazała się inna, a ewangelizacja zmieniła bieg historii tych ludzi i uratowała od walk nie tylko ich samych, ale może i cały kraj.
Około południa pojawiły się trzy ciężarówki – wywrotki pełne młodzieży rozkrzyczanej pod wpływem alkoholu i narkotyków, nawołującej do przygotowania się do wojny i do walki plemiennej, bo nieprzyjaciel ukrywa się wśród tej samej populacji. Ludzie przez chwilę przysłuchiwali się, ale poszli na ewangelizację. Odbywała się ona bowiem w czterech punktach miasta i zaplanowana była na godz. 13.00. Agitatorzy więc natknęli się na idących na spotkania modlitewne ludzi, którzy nie mieli czasu, aby ich słuchać. Ewangelizacja okazała się rzeczywiście bardzo celnym posunięciem i powstrzymała akcję zaplanowaną przez złych ludzi. W pierwszym dniu łączna frekwencja wynosiła pięć tysięcy. Pod wieczór my, biali misjonarze, zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie zrezygnować z powodu niepokojów społecznych. Mogliśmy zostać posądzeni o celowe narażanie tłumów, gdyby agitatorzy chcieli to wykorzystać i doprowadzić do ich masakry. Na wspólnej modlitwie podzieliliśmy się obawami z czarnymi braćmi. Natychmiast otrzymaliśmy odpowiedź, która rozwiała nasze wątpliwości. Odpowiedzialny za całość szef ewangelizatorów powiedział: „Padri, to Bóg zaplanował czas i miejsce, a nie my. Po to właśnie jest ewangelizacja, aby ugasić ducha wojny. Ludzie nią zajęci, nie będą się bali i nie chwycą za broń. Będą się modlić i Bóg da im pokój serca, i nie będzie wojny. Jeśli ewangelizację odwołamy, jeszcze dziś ludzie w strachu uciekną do buszu i wojna się zacznie. Ludzie pokładają nadzieję w ewangelizacji”. Słowa te tak nas zaskoczyły, że nie byliśmy w stanie nic dodać. Podziwialiśmy wiarę tych ludzi i ich ducha, w którym przepowiadali jak apostołowie Piotr i Paweł. Drugi dzień ewangelizacji był zaskakujący. Frekwencja niemal się potroiła, bo przyszło już ponad dwanaście tys. ludzi. Entuzjazm, śpiew i radość przepełniały serca. Matki wracały tańcząc, by przygotować strawę dla swojej rodziny. Wszyscy mówili o ewangelizacji, a nikt o wojnie. Wieczorem znów pojawili się jacyś osobnicy, by namawiać mieszkańców wioski do walki. Usłyszeli w odpowiedzi: „Wy chyba nie jesteście stąd, bo u nas jest ewangelizacja, a nie wojna”. Nieproszeni goście uciekali zawstydzeni. Duch modlitwy i pokoju rozwijał się z dnia na dzień w sercach ludzi, a frekwencja rosła. Protestanci dawali świadectwo. Okazało się też, że katolicy znakomicie znają Biblię. Wieczorami dał się słyszeć śpiew piosenek religijnych, dzieci wesoło tańczyły przy wtórze tam-tamu. Przyjazna atmosfera międzysąsiedzka zastąpiła międzyplemienną nieufność. Uwierzyliśmy, że to Bóg zwyciężył, a ewangelizacja ugasiła płomienie wojny.

Nawrócenie czarownika

Celem dawania świadectwa o Bogu było ożywienie wiary w shirikach, czyli dzielnicach wspólnot filialnych. Trzeba było pomnożyć ilość ewangelizatorów, aby sprostać temu zadaniu, gdyż w parafii było ok. trzystu shirik. W parafialnym centrum formacyjnym przebiegała więc intensywna formacja osób rekrutujących się z katechistów i nauczycieli.
Ewangelizatorzy docierali do najodleglejszych zakątków parafii i do obumarłych w wierze shirik – wspólnot wierzących. Za czasów Ojców Białych – z powodu ich podeszłego wieku – nowi chrześcijanie z odległych zakątków parafii powracali często do praktyk pogańskich. Pojawiło się też wielu czarowników. Przybycie ewangelizatorów przyjmowane było z entuzjazmem. Powszechnie lud uważał ich za wysłanników Boga i zwiastunów Dobrej Nowiny.
W shirice Chandago, w strefie przygranicznej z Ugandą, mieszkał wielki czarownik, bardzo ceniony przez ludność, tak w Kongu, jak i w za granicą. Tam właśnie ewangelizatorzy przybyli, aby głosić nowe orędzie zbawienia w Chrystusie. Entuzjazm coraz bardziej ogarniał wiernych i nawet ten czarownik był pilnym słuchaczem. Przejęty nauczaniem zaproponował, aby gromadzono się w jego posesji, gdyż ma duży bananowy ogród, który pomieści wszystkich ludzi. Po paru dniach poprosił ewangelizatorów i grupę modlitewną charyzmatyków o modlitwę nad sobą i zburzenie czarodziejskiej świątyni, deklarując, że chce zostać chrześcijaninem. Następnie złożył do worka wszystkie przedmioty: talizmany, skóry, w które się przebierał, naczynia, w których gotował lekarstwa. Jako pokutnik, z worem na plecach, szedł z tłumem wiernych w pielgrzymce do parafii, aby publicznie wyspowiadać się i oddać padri mkubwa (proboszczowi) całą swoją władzę. Tak radykalne i zarazem spektakularne nawrócenie odbiło się echem w okolicy i postrach padł na innych mniejszych czarowników.
Na jednym z pagórków Mutabo chrześcijanie wybudowali wielki kościół poświęcony Miłosierdziu Bożemu, który pomieści ponad dwa tysiące wiernych. Wspólnota liczy dziś ponad pięć tysięcy. Chrześcijanie wybudowali tu również publiczną szkołę podstawową dla swoich dzieci i opłacają pensję nauczycieli. Jest to jedna z prężniejszych wspólnot filialnych parafii Rutshuru. Pytałem ich raz żartobliwie, czy chodzą jeszcze do czarownika? W odpowiedzi usłyszałem, że wszyscy czarownicy już poumierali, a kto chce spotkać czarownika, musi iść potajemnie aż do Ugandy.

Ks. Jan Kędziora SAC